Rozstaliśmy się w wielkim bólu z Marcinem i Michałem na lodowcu Slakbreen, bez pewności, że robimy słusznie. W końcu przyjechaliśmy razem i powinniśmy razem wracać. Droga w górę lodowca była ciężka – wiało mocno w twarz, do tego praktycznie 10 km szliśmy stale pod górę. Potem około 8 km ostrego zjazdu w stronę Sveagruvy też dało nam w kość.
Po dojściu do osady zawitaliśmy, tak jak nam radzono, do kantyny. Tam nikogo nie obeszła nasza obecność, odmówiono nam noclegu w kącie na podłodze, a nawet kupna czegoś do picia, podczas gdy górnicy wynosili przy nas kieszenie pełne jabłek i mandarynek. Alternatywą było schronienie się w opuszczonej, starej psiarni.

Chcieliśmy uniknąć noclegu w namiocie, ponieważ tego dnia widziano trzy dorosłe niedźwiedzie polarne wałęsające się po okolicy. Stara szopa w psiarni okazała się wybawieniem. Nie otwierana przynajmniej od jesieni stanowiła dla nas orientalną scenerię do spania. Nie wiało nam w twarz, nie było tak zimno, a fakt spania pośród starych drewnianych przedmiotów, które kiedyś służyły psim zaprzęgom, dodawał tylko klimatu.

Rano zebraliśmy się i po połączeniu z Radiem Dla Ciebie wyruszyliśmy w stronę doliny Reindalen idąc brzegiem wzdłuż fiordu Van Mijen. Wiedzieliśmy, że mamy do przejścia spory odcinek, gdyż nie uśmiechało się nam nocować nad fiordem i nastawiać się na widok wygłodniałym misiom. Droga trochę się dłużyła, na szczęście wiało nam w plecy. Przez cały dzień nie spotkaliśmy ani jednej żywej duszy, choć co jakiś czas przecinaliśmy tropy niedźwiedzi. Dodawało to trochę pikanterii, ale i motywowało nas do kontynuowania długiego marszu.


Ostatni odcinek drogi, czyli około 4 km przed wejściem do doliny dał się nam we znaki. Śniegu jak na lekarstwo, a ten co pozostał, stanowił lodową skorupę na stromawym zboczu, kończącym się prosto w zimnych wodach fiordu. Sporo zachodu kosztowało nas kluczenie między kamieniami, tak by nasze pulki miały szansę bez szwungu przebijać się metr po metrze…
c.d.n.
Tekst i zdjęcia: Michał i Szymon Jasieńscy